Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 marca 2017

Tęczowo-czarna rewolucja





źródło: filmweb

Pomimo tego, że żyjemy w XXI wieku, z tolerancją nam nie po drodze. Do tej pory wielu ludzi nie może znieść, że ktoś ma inny kolor skóry, jest innego wyznania, jest weganinem czy, nie daj Boże, jest gejem lub lesbijką. Wydawałoby się, że na przestrzeni lat to się zmieni, że ludzie są bardziej świadomi i nie będzie ich interesować orientacja seksualna kolegów czy koleżanek. Rzeczywistość jest zgoła inna i to orientacja często może popsuć ludziom życiowe plany, bo nie pasują do ogółu.
           „Dumni i wściekli” to słodko-gorzka historia o gejach i lesbijkach aktywistach, którzy postanawiają pomóc strajkującym górnikom w Wielkiej Brytanii w walce z Margaret Thatcher. Brzmi jak niesamowita historia? A jednak ten komedio-dramat oparty jest na faktach.
Film rozpoczyna się od wiadomości o strajkujących górnikach. Młody, charyzmatyczny gej – Mark Ashton (Ben Schnetzer)– postanawia pomóc górnikom i ich rodzinom. Rozpoczyna zbiórkę pieniędzy podczas parady równości. Dołączają do niego znajomi oraz nieśmiały Joe (George MacKay), który do tej pory był chowany pod kloszem a swoją orientację seksualną ukrywał przed najbliższymi. Tak docierają do Walii, do górniczego miasteczka Onllwyn. Początkowo nasi bohaterowie spotykają się z niechęcią ze strony górników i ich rodzin. Ale z czasem zatwardziali górnicy chowają swoje uprzedzenia i zaczyna się przyjaźń
i przygoda.
            Reżyser Matthew Warchus i scenarzysta Stephen Beresford stworzyli piękną historię, która ukazuje blaski i cienie bycia innym. Strajki górników są tutaj tylko tłem. Tak faktycznie to opowieść
o chęci niesienia pomocy innym, akceptacji, dumie, woli walki, chowaniu uprzedzeń. To również historia
o odwadze. Idealnym przykładem na to jest nie kto inny jak Joe, który akceptuje siebie jako geja i ma odwagę przeciwstawić się rodzicom. To także film o idealistach. Nie kto inny, jak Mark, chce zmieniać świat na lepsze. Gotów jest walczyć w imię sprawiedliwości i stawać w obronie uciśnionych. To jednocześnie film o przyjaźni, takiej prawdziwej. Możemy obserwować narodziny pięknej przyjaźni między młodymi i starymi, między homo- i heteroseksualistami, między zatwardziałymi mężczyznami, którzy taniec uważają za bezsensowne pląsanie a gibkimi gejami, którzy robią furorę na parkiecie wśród walijskich kobiet. To, jak wspominałam na wstępie, historia z nutą goryczy. Film pokazuje, jak społeczność LGBT była napiętnowana nie tylko przez ówczesną panią premier. Każdego dnia geje
i lesbijki musieli stawiać czoła niewybrednym epitetom rzucanym w ich kierunku, ale także agresji fizycznej tak, jak Gethin (Andrew Scott), który został pobity podczas próby zebrania funduszy na górników. Ostatecznie to film o walce o swoje marzenia i lepszy byt pomimo przeciwności losu.
Ale nie byłoby tego filmu gdyby nie wspaniała gra aktorska. Możemy delektować się grą aktorską brytyjskiej śmietanki. Zobaczyć możemy takich aktorów, jak Billy Nighy („to właśnie miłość”, „Piraci
z Karaibów”), Imelda Staunton („Harry Potter”, „Szepty”) czy Dominic West („300”, „Hannibal. Po drugiej stronie maski”).
„Dumni i wściekli” daje chwile radości, jak na dobrą komedię przystało, ale też porusza i skłania do refleksji.
To zdecydowanie pięknie opowiedziana historia, dająca nadzieję na lepsze jutro. Uważam, że to film bardzo potrzebny w dzisiejszych czasach, kiedy na każdym kroku stykamy się z brutalnością, agresją
i niechęcią do bliźnich. W moim mniemaniu jest to pozycja obowiązkowa dla ludzi uprzedzonych, żeby przemyśleli czy odrzucanie kogoś ze względu na orientację seksualną ma sens.

środa, 12 sierpnia 2015

Emma Stone - nowa muza Woodego Allena



Woody Allen, ten 79-letni reżyser, ma na swoim koncie wiele filmów. Rok w rok na ekrany kin wychodzi jego kolejny film. Allen słynie z tego, że co jakiś czas ma swoją nową muzę, która występuje w jego kilku filmach i jest jego natchnieniem.
Wszystko zaczęło się od jego byłej żony – Louise Lasser, która królowała w 5 filmach reżysera. W latach 70 ubiegłego wieku rozpoczęła się era Diane Keaton, którą często uważa się za najwspanialszą muzę Allena. Wystąpiła w ośmiu jego filmach. Pod względem ilości filmów, w jakich wystąpiła kolejna muza, Mia Farrow zdecydowanie przebiła Keaton, osiągając wynik 13 ról. Następnie kolej przyszła na Julie Kavner, Judy Davies, Scarlett Johansson i ostatecznie Emmę Stone.
Dziś skupię się na ostatniej muzie, jako, że na ekrany kin wychodzi film Allena ze Stone w roli głównej Nieracjonalny mężczyzna.
Ta niespełna 27 letnia aktorka pochodząca z Arizony, ma już na swoim koncie całkiem sporo ról. W moim wypadku Stone dała się poznać jako aktorka w Służących. Zawsze zastanawiałam się nad fenomenem młodej Amerykanki, bo nie była nigdy dla mnie wybitną aktorką. Widać jednak, że reżyserzy widzą w niej niezły potencjał i angażują ją do coraz to nowszych filmów. Aktorka niewątpliwie może pochwalić się współpracą z bardzo dobrymi aktorami, jak np. w Papierowym bohaterze, kiedy to wystąpiła u boku Jaffa Danielsa i Ryana Reynoldsa. W Zombieland można ją było zobaczyć razem z Jesse Eisenbergiem i Woodym Harrelsonem, w Magii w blasku księżyca zagrała razem z Colinem Firthem, w Birdmanie z Michaelem Keatonem, Edwardem Nortonem, Zachem Galafianakisem i Nami Watts. Zazdrościło jej pewnie wiele kobiet oglądając Kocha, lubi, szanuje kiedy to zagrała u boku Ryana Goslinga.
W najnowszym dziele Woodego Allena widzowie zobaczą Emmę Stone wraz z Joaquinem Phoenixem. To już będzie druga rola u wielkiego reżysera. Jeden z najlepszych zwrócił uwagę na młodą aktorkę i zobaczył w niej potencjał. Jak się sprawdzi? Czy można wywróżyć jej wielką karierę? Jestem ciekawa, bo w końcu Stone była nominowana do Oscara i dwukrotnie do Złotych Globów. Może jeszcze ja w niej nie widzę ogromnego potencjału i mile mnie zaskoczy. Póki co trzeba zobaczyć nowe dzieło Allena.

wtorek, 7 lipca 2015

Co nas kręci, co nas podnieca





źródło: www.filweb.pl

Wydarzenia ostatnich tygodni mniej więcej pokazują, kto z nas jest tak naprawdę tolerancyjny a kto ma dość konserwatywne poglądy w sprawach naszej seksualności. Chciałoby się rzec, że François Ozon idealnie wpasował się z premierą swojego najnowszego filmu w aktualne wydarzenia ze świata.
Nowa dziewczyna to najnowsze dzieło francuskiego reżysera. Francuz postanowił poruszyć dość kontrowersyjny i ciężki temat, który spotyka się z najróżniejszymi i skrajnymi ocenami widzów.
Kiedy niedługo po narodzeniu dziecka umiera Laura (Isild Le Besco), jej przyjaciółka od serca Claire (Anaïs Demoustier) postanawia zaopiekować się jej bliskimi – mężem Davidem (Romain Duris) i jego kilkumiesięczną córeczką. Strata bliskiej przyjaciółki bardzo porusza Claire i dopiero po dłuższym czasie próbuje skontaktować się z Davidem. Kiedy niespodziewanie zjawia się u niego w domu, zastaje go w stroju Laury, w peruce i makijażu. Początkowo widok napawa bohaterkę obrzydzeniem i w kompletnym szoku próbuje sobie wszystko ułożyć w głowie. Z czasem jednak stara się spędzać coraz więcej czasu z „nową koleżanką” i nadaje jej osobowości, nazywając ją Virginią. Relacja, jaka nawiązuje się między nimi przypomina przyjaźń, swego rodzaju fascynację. David w roli Virginii odnajduje się coraz lepiej i coraz odważniej wkracza w świat transseksualistów a Claire pomaga mu w tym i sama zachęca do spotkań.
Jest tu pokazana wielowątkowość. Temat transseksualistów powoli przestaje być tabu. Mężczyźni, którzy czują się kobietami coraz częściej odważają się powiedzieć o tym światu. W filmie obserwujemy złożoność problemów. Z jednej strony twórca wystawia widzów na próbę tolerancji. Przecież dla jednych to będzie piękny film o spełnianiu swoich marzeń, o  dążeniu do życia w zgodzie z własną naturą i pięknym wnętrzu. Z drugiej strony film będzie wzbudzał obrzydzenie i ogólne oburzenie, bo przecież David traktowany będzie, jako osoba niespełna rozumu, którą należałoby leczyć.
Ozon porusza kolejną kwestię, o której należy wspomnieć. W filmie bohaterowie poszukują własnego „ja”. I tak, jak David szybko odnalazł się w swojej nowej roli, tak Claire błądzi i długo szuka tego, co w życiu daje jej szczęście. W przypadku Claire widać wyparcie swojej fascynacji nową przyjaciółką. Chce tworzyć ze swoim mężem normalną, szczęśliwą rodzinę, w której pojawia się wizja posiadania dziecka. Zdecydowanie brakowało mi tutaj rozwinięcia wątku z dzieckiem. Reżyser ewidentnie przyjął wizję, że dziecko nie stanowi tutaj najmniejszego problemu i pomimo nowej osobowości David przemieniający się w Virginię może być szczęśliwym, kochającym rodzicem.
Historia opowiedziana jest w sposób lekki, ze sporą dawką humoru. Ozon omija zbędny dramatyzm, żeby skupić się na budowaniu szczęścia za wszelką cenę.
Według mnie historia jest zbyt optymistyczna i nie pokazuje realiów dzisiejszego świata. Rażąca jest beztroska bohaterów, którzy nie zauważają żadnych zagrożeń i ślepo brną do realizacji swoich planów. Film był dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nie takiej historii się spodziewałam. Nie byłam przygotowana na taki temat i do tej pory kłębią mi się w głowie myśli o stopniu mojej tolerancji.

Moja ocena: 5/10

niedziela, 5 lipca 2015

Nie taki diabeł straszny

źródło: www.filmweb.pl


Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach – to takie oczywiste. Gorzej, kiedy nie mieliśmy możliwości poznać najbliższej rodziny. Dziś krótka historia o zaognionych stosunkach międzypokoleniowych na tle pięknych widoków miasteczka południowej Francji.
            Reżyserka Rose Bosch postanowiła zająć się tematem dotyczącym konfliktów w rodzinie. Dość przemaglowany motyw a i sama Bosch nie wniosła nic nowego. Jednak Lato w Prowansji, choć bez fajerwerków, to film dość ciepły i przyjemnie się go oglądało.
Historia opowiada o trójce rodzeństwa zamieszkałej w Paryżu, która musi wyjechać na całe wakacje do małego miasteczka na południu Francji, do swojego nigdy niewidzianego dziadka (Jean Reno). To będzie pierwszy raz, kiedy się spotkają, ponieważ ich matka lata wstecz zerwała kontakt z Paulem (Reno). Dzieci muszą pogodzić się z faktem, że ich rodzice się rozwodzą, dziadek nie należy do najprzyjemniejszych osób a w zapadłej dziurze, w której mają mieszkać, nie ma kina i trudno o zasięg w telefonie. Ot, problemy mieszczańskich nastolatków. Na każdym kroku widzowie są świadkami mniejszych lub większych sprzeczek młodzieży z dziadkiem, który ewidentnie nie potrafi zaakceptować swoich gości. Konflikt zaognia problem alkoholowy Paula i jego brak zrozumienia dla współczesnej młodzieży. Katalizatorem sporów jest babcia (Anna Galiena), która ma stały kontakt z wnukami i rozumie ich potrzeby. Ale, żeby nie było zbyt dramatycznie, historia zmierza w dobrym kierunku. Możemy obserwować, jak nastolatki Léa i Adrien powoli odnajdują się w wiejskim klimacie, zawierają nowe znajomości a ich młodszy brat Théo jest zafascynowany dziadkiem.
Niezaprzeczalnie urocze są tu widoki, pokazanie tamtejszej społeczności, jako bardzo serdecznej, potrafiącej się zabawić i nie wyobrażającej sobie innego życia. Jak na wczasach, obserwujemy ludzi przesiadujących całymi dniami w małych, miejscowych knajpkach, organizujących popołudniowe zawody w bule, bawiących się na tamtejszych festynach, śpiewających lokalne piosenki i cieszących się z powolnie płynącego życia.
Jako, że głównym bohaterem jest tu emerytowany Leon Zawodowiec, nie mogło zabraknąć akcji przedstawionej w dość komicznej scenie.
            Nie, film nie wniósł nic nowego i pod tym kątem można ocenić go marnie. Ale ja mu daję duży plus, bo lubię wakacyjne klimaty w małych miasteczkach. Tęsknię za pięknymi widokami i za serdecznością ludzi, którym przyszło mieszkać na prowincji. Czego nie można zabrać reżyserce – idealnie pokazała mentalność i życie ludzi, którym daleko jest do wielko-mieszczańskiego zgiełku, przepychu i ciągłej gonitwy. Podobał mi się w tym filmie podstarzały Jean Reno, który zaczął odnajdywać się w roli dziadka. Jeśli ktoś chce przyjemnie spędzić popołudnie bez doszukiwania się wielkich, uniwersalnych życiowych prawd, śmiało polecam ten właśnie film.

Moja ocena 7/10

niedziela, 28 czerwca 2015

Minionki atakują




źródło: stopklatka.pl



Nadeszła ta chwila, kiedy to Minionki doczekały się swojej premiery. To nie tylko bajka, to całe wydarzenie popkulturalne i niesamowicie rozdmuchany event. 26 czerwca na ekrany kin wyszła już trzecia część z małymi, żółtymi bohaterami, którzy przez swoje nierozgarnięcie i przeróżne wybryki rozśmieszają widzów tych małych, jak i tych dużych.
Wszystko zaczęło się w piątek, kiedy pod Galerię Katowicką przyjechał minionkowy wóz i żółci bohaterowie witali się z dzieciakami. Dla najmłodszych była to niesamowita frajda, bo mogli dotknąć swoich ulubieńców,  poskakać na żółtych dmuchańcach i poczęstować się przysmakiem minionkowym w postaci banana. Starsi też wydawali się być zadowoleni, jako, że znaleźli się amatorzy małych potworków a dodatkowo mieli serwowany „minionkowy” żółty napój, który okazał się Radlerem cytrynowym. Dodatkowo dostępne były minionkowe gadżety i maskotki, które, o dziwo, nie były aż tak drogie.

Kolejnym punktem tej rozdmuchanej premiery było kino. Co to się działo już przed seansem. Jeśli cola to tylko w kubku z Minionkami, jeśli film to tylko o małych, śmiesznych ludzikach. I tu dochodzimy do samej animacji. Sala była pełna rodziców z dziećmi. Film podobał się młodszym i starszym. Tym pierwszym, bo przecież Minionki są takie niepoważne i śmieszne a tym drugim, bo teksty były dosyć sarkastyczne. Najważniejsza rola została spełniona – dało się zauważyć, że każdy się dobrze bawił.
Ale teraz o samym filmie.  Animacja rozpoczyna się od przedstawienia historii Minionków, które od samego początku swojego istnienia szukały swojego władcy. Otóż mali bohaterowie żyją po to, by komuś służyć. Przewijały się w filmie postacie historyczne i za każdym razem historie były dość groteskowe. Kiedy lektor kończy opowiadanie na XX wieku, na pierwszy plan wysuwają się trzy Minionki – Kelvin, Stuart i Bob, którzy wyruszają w świat w poszukiwaniu swojego „pana”. I tak rozpoczyna się ich historia…
Warto zwrócić uwagę, że podczas przygód żółtych bohaterów usłyszeć można kultowe, świetne kawałki. I tak oto zwróciłam uwagę na takie perełki, jak The Turtles – Happy together, The Who – My Generation, The Doors – Break on through (to the other side) czy Smashing Pumpkins – Cherub Rock. Tych utworów nie mogło zabraknąć, jako, że jeden z bohaterów był amatorem grania na gitarze lub raczej ukulele, jak to zwykły Minionki nazywać.
Choć nie można właściwie kategoryzować produkcji jako bajkę, bo morału w niej nie ma a skupia się jedynie na specyficznym humorze to Minionki są świetną rozrywką dla całej rodziny. Przecież nie trzeba ciągle oglądać pouczających, mądrych filmów a dać się ponieść i rozerwać w rytmach dobrej muzyki. Podobało się całej rodzinie i to jest najważniejsze, bo każdy znalazł coś dla siebie.

Moja ocena: 7/10

sobota, 16 maja 2015

Dziennik Panny Służącej w ramach Przeglądu Nowego Kina Francuskiego

źródło: stopklatka.pl


Benoît Jacquot to 68 letni francuski reżyser, który ma na swoim koncie całkiem spory dorobek, jednak nigdy nie doczekał się żadnej nagrody. Do tej pory miałam okazję zobaczyć tylko jeden film reżysera i jeśli reszta filmów jest na podobnym poziomie to nie dziwi mnie fakt, że jego twórczość nie została nagrodzona. Na ekrany kin właśnie wyszła ekranizacja książki Octave Mirbeau Dziennik Panny Służącej. O ile książka ma całkiem dobre oceny o tyle film już niekoniecznie. Nie zniechęcam się w takich wypadkach i studiując wszelkie opisy filmów, staram się kierować intuicją, która tym razem mnie zawiodła.
                Francuz miał nie lada orzech do zgryzienia, gdyż przed nim znaleźli się inni ochotnicy na ekranizację powieści. Na jakiż to pomysł wpadł reżyser? Postanowił w nowatorski sposób przedstawić losy młodej służącej Célestine. Początek XX wieku, młoda dziewczyna dostaje pracę na prowincji jako służąca w posiadłości państwa Lanlaire. Jej pracodawczyni to wybitnie złośliwa, wymagająca i rozkapryszona kobieta, która na każdym kroku chce sprawdzić dziewczynę i pilnuje jej poczynań, jednocześnie karząc za samowolkę, którą to Célestine próbuje wprowadzić. Pan Lanlaire jawi się jako wesołek, który po dziurki w nosie ma swojej żony i na każdym kroku szuka okazji, żeby poderwać kolejną służącą.  Poznajemy gburowatego służącego Josepha, który wzbudza w młodej pannie strach jednocześnie intrygując. Film pokazuje historie służącej, które przeplatają się z rzeczywistością i bez narracji głównej bohaterki widzowie mogą pogubić się co dzieje się w czasie teraźniejszym a co było przeszłością. Mamy okazję poznać niepokorną młodą kobietę, która nie boi się okazać swojego niezadowolenia i zdając sobie sprawę ze swoich wdzięków, chętnie to wykorzystuje w wygodnych dla niej sytuacjach. Ale tak naprawdę nie wiemy o głównej bohaterce nic więcej. Choć to film o niej a właściwie jej dziennik to odniosłam wrażenie, że reżyser chyba zapomniał o narracji, która byłaby tu bardzo wskazana. Nie wiemy, co Célestine czuje, co nią kieruje, dlaczego dokonuje takich a nie innych wyborów ostatecznie nie opowiada swoich historii i momentalnie widz znajduje się w jakimś punkcie opowieści, nie wiedząc skąd, jak i dlaczego. Początkowo widzę w głównej bohaterce naprawdę dobry potencjał na silną, charakterystyczną jednostkę, jednak z czasem rozmywa się gdzieś i postać grana przez Léa Seydoux staje się zagubiona, miałka.
Film był dla mnie chaotyczny, nudny, męczący. Momentami zdarzało się, że zaśmiałam się z powodu przedstawianych absurdów ówczesnych mieszkańców prowincji. Wydaje mi się jednak, że chodziło o to, żeby zaszokować widza, przedstawić perwersje, jakim z chęcią oddawała się służąca opisana w książce. Zdaje się, że miała to być historia dosyć pikantna, obnażająca psychikę głównej bohaterki, pokazująca do czego człowiek jest zdolny, jak potrafi przystosować się do początkowo niekomfortowej sytuacji i następnie czerpać z niej niebywałą radość. Taka jest ponoć książka, takie tez opisy filmu czytałam. Niestety reżyser nakręcił nieudany film, który zanudził widzów siedzących ze mną w kinie (nie dało się nie zauważyć, jak przysypiają i kompletnie nie są zainteresowani historią).
Film miałam okazję zobaczyć w ramach Przeglądu Nowego Kina Francuskiego w katowickim kinie Światowid. Żałuję jednak, że nie wybrałam się na najnowsze dzieło François Ozon pt. Nowa dziewczyna, bo podejrzewam, że byłby to lepszy wybór.

Moja ocena: 3/10
 

Kulturalny maluch - dokąd pójść z dzieckiem na Śląsku

źródło: http://www.wydarzenia.bujnowicz.pl

10 maja odbył się Dzień Otwarty NOSPR w Katowicach. Chciałam uczestniczyć z moją rodziną w tym wydarzeniu, chciałam, żeby moje dziecko zaczęło obcować z kulturą i jednocześnie chciałam, żeby poznał orkiestrę od kuchni. Niestety albo stety wydarzenie to cieszyło się tak ogromnym zainteresowaniem, że darmowe wejściówki rozeszły się, jak świeże bułeczki i nie załapałam się na nic. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, co innego mogę zaoferować mojemu dziecku, żeby życie kulturalne nie było mu obce. Po przeszukaniu Internetu pod tym kątem, natknęłam się na kilka ciekawych propozycji, które chce przedstawić.
                Okazuje się, że od kiedy wybudowali nowy gmach NOSPR, ludzie zainteresowali się na tyle kulturą i wszelkimi koncertami orkiestry symfonicznej, że ciężko zdobyć bilety na jakieś wydarzenie. Na szczęście ostatnio udało mi się kupić wejściówki na koncert z okazji Dnia Dziecka. Będzie to pokaz dwóch bajek o Grufołaku a przygrywać do tego będzie orkiestra symfoniczna. Myślę, że wydarzenie godne polecenia i dziecku się spodoba. Ogólnie co jakiś czas Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia myśli o najmłodszej publiczności i organizuje dla nich koncerty.                                                                        
Z muzycznych wydarzeń Katowice oferują rodzicom i ich pociechom Filharmonię Malucha. Filharmonia Śląska zachęca do udziału już najmłodszych. Niebywałą atrakcją jest zapewne możliwość siedzenia na scenie wraz z muzykami i przysłuchiwania się, jak grają. Od najmłodszych lat rodzice mogą kształtować w swoich dzieciach wrażliwość na muzykę poważną.
Dla fanów kina też coś się znajdzie. Ostatnio natknęłam się na ciekawy program Dzieciaki na horyzoncie. Otóż Kino Amok w Gliwicach bierze udział w tej kampanii społecznej i zaprasza na seanse filmowe dla najmłodszych.  Celem tej kampanii jest promowanie dobrego kina dla dzieci. Dzieciaki na horyzoncie to kontynuacja festiwalu Kino dla Dzieci. Jest to festiwal ogólnopolski i co miesiąc w wybranych kilkudziesięciu kinach premierę będzie miał kolejny tytuł dla dzieci w wieku 4-9 lat. Już w najbliższą niedzielę o godzinie 16 kino Amok zaprasza rodziców z dziećmi na pokaz filmu Alfie, mały wilkołak. Jeśli ktoś byłby zainteresowany tym przedsięwzięciem, szczegóły może znaleźć na stronie www.dzieciakinahoryzoncie.pl
http://kulturalnybajtel.pl Proponuje jeszcze wiele innych ciekawych wydarzeń, które mają miejsce na Śląsku. Zaprasza m.in. do Polskiego Radia na Muzyczny Zwierzyniec, który odbędzie się 17 maja. Dzieci będą mogły uzyskać odpowiedzi na pytania, jak śpiewają ptaszki, jak tańczą pisklęta i co sprawia, że muzyka oddaje charakter zwierząt.
Trochę starsze dzieci znajdą coś dla siebie w Stacji Artystycznej Rynek w Gliwicach. Stowarzyszenie GTW organizuje pełne kultury wakacje, gdzie dzieci, jak i starsi będą mogli nauczyć się wielu rzeczy.  Zapisać się można m.in. na następujące warsztaty: Tydzień z instrumentami muzycznymi, Angielski tydzień kulturalny czy Tydzień z grafiką artystyczną + Decupage. Pełny program znaleźć można na oficjalnej stronie stowarzyszenia http://www.gtwgliwice.pl/kultura_i_sztuka.html
                Jak widać, propozycji na spędzenie wolnego czasu z dziećmi w świecie kultury jest całkiem sporo. Cieszy fakt, że takich wydarzeń jest coraz więcej i nie są okrojone tylko do bajek o Barbie w niedzielne poranki w Multikinie. Jeśli komuś zależy na tym, aby jego dziecko nabrało wrażliwości, na pewno znajdzie coś ciekawego. Mam nadzieję, że nasze wyjście do NOSPR okaże się zarówno dla mnie, jak i dla młodego świetnym przeżyciem i będziemy częściej wybierać się na takie koncerty.

niedziela, 3 maja 2015

Kiedy puszczają nerwy.



W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy nerwy puszczają a nawet błaha sytuacja może nas wyprowadzić z równowagi. Jednak staramy się raczej tłumić w sobie te emocje i co najwyżej możemy pokrzyczeć lub okrasić nasze położenie soczystymi epitetami a w stronę napatoczonych osób polecieć mogą wymyślne inwektywy.  A gdyby tak dać całkowicie upust swoim emocjom i dać pofolgować naszej wyobraźni?
            Damián Szifrón we współpracy z braćmi Almodóvar nakręcił film o puszczaniu nerwów właśnie. Ten 39 letni Argentyńczyk poruszył temat całkiem codzienny, ukazując sceny czasem mrożące krew w żyłach, ale z dużą dawką humoru.
Dzikie historie to czarna komedia, na którą składają się historie kilku bohaterów. Kolejno poznajemy opowieści o niedocenionym muzyku, kelnerce z małego baru, biznesmena, inżyniera, milionera i panny młodej. Co łączy te wszystkie postacie to fakt, że w pewnym momencie nie wytrzymują przeciwności losu i dają ujście swoim zszarganym nerwom.
I tak oto w pierwszej historii widz obserwuje scenę, kiedy to pasażerowie samolotu po kolei przyznają się do znajomości muzyka o wątpliwym talencie. Ich opinie i niechlubna historia owego muzyka doprowadzą ich do zguby. Następnie reżyser serwuje nam opowieść o młodej kelnerce z małego baru, która niechętnie obsługiwać musi znanego jej mafioso. Targają nią sprzeczne uczucia, ale ostatecznie daje się ponieść swoim zszarganym nerwom. Jedną z lepszych opowieści jest część o biznesmenie, który przez swoją arogancję musi ponieść karę.
Jeśli wśród widzów znajdą się osoby, które dla zasady chętnie wykłócać się będą o swoje to reżyser również przygotował nie lada gratkę. Oto historia inżyniera, który spiesząc się na urodziny swojej córki, zaparkował w niedozwolonym miejscu i jego samochód został odholowany. Przez ten incydent nieszczęśnik spóźnia się na urodziny swojej latorośli. A kolejne wydarzenia psują jego małżeństwo i dobre imię. Jak z takimi upokorzeniami poradzi sobie bohater? Przedostatnia opowieść ukazuje nam młodego syna milionera, który potrąca ciężarną kobietę i ucieka z miejsca wypadku. Jego ojciec chce mu pomóc uniknąć odpowiedzialności za wszelką cenę i zaczyna walkę. Ostatnia historia, która niesamowicie mnie urzekła, to opowieść o młodej parze z zamożnej klasy średniej. W trakcie wesela panna młoda dowiaduje się, że jej świeżo upieczony małżonek zdradzał ją a kochanka znajduje się na zabawie weselnej naszych bohaterów. Tego panna młoda nie jest w stanie znieść i urządza niesamowite show.
            Historie te łączy dramatyzm, który powinien właściwie wstrząsnąć widzami. Tutaj reżyser przedstawia swoich bohaterów dość groteskowo a tragiczne wydarzenia zdają się nie poruszać widzów tylko ich rozśmieszać. I jak to przy komediach bywa, tak i tu Szifrón zdecydował się na radosny koniec, który idealnie zamyka dzieło. Aktorzy również bardzo dobrze odegrali swoje role. Choć Argentyńczyk nie może pochwalić się znanymi nazwiskami to i tak film bardzo zyskuje dzięki aktorom, którzy potrafili świetnie odegrać przerysowane postacie, z zabawnym dramatyzmem.
            Jako, że jestem pesymistką i zajmuję się na co dzień czarnowidztwem, Dzikie historie idealnie wpasowały się w moje poczucie humoru. Miałam niezłą dawkę dobrej komedii, którą serdecznie polecam.

Moja ocena 9/10