Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 marca 2017

Tęczowo-czarna rewolucja





źródło: filmweb

Pomimo tego, że żyjemy w XXI wieku, z tolerancją nam nie po drodze. Do tej pory wielu ludzi nie może znieść, że ktoś ma inny kolor skóry, jest innego wyznania, jest weganinem czy, nie daj Boże, jest gejem lub lesbijką. Wydawałoby się, że na przestrzeni lat to się zmieni, że ludzie są bardziej świadomi i nie będzie ich interesować orientacja seksualna kolegów czy koleżanek. Rzeczywistość jest zgoła inna i to orientacja często może popsuć ludziom życiowe plany, bo nie pasują do ogółu.
           „Dumni i wściekli” to słodko-gorzka historia o gejach i lesbijkach aktywistach, którzy postanawiają pomóc strajkującym górnikom w Wielkiej Brytanii w walce z Margaret Thatcher. Brzmi jak niesamowita historia? A jednak ten komedio-dramat oparty jest na faktach.
Film rozpoczyna się od wiadomości o strajkujących górnikach. Młody, charyzmatyczny gej – Mark Ashton (Ben Schnetzer)– postanawia pomóc górnikom i ich rodzinom. Rozpoczyna zbiórkę pieniędzy podczas parady równości. Dołączają do niego znajomi oraz nieśmiały Joe (George MacKay), który do tej pory był chowany pod kloszem a swoją orientację seksualną ukrywał przed najbliższymi. Tak docierają do Walii, do górniczego miasteczka Onllwyn. Początkowo nasi bohaterowie spotykają się z niechęcią ze strony górników i ich rodzin. Ale z czasem zatwardziali górnicy chowają swoje uprzedzenia i zaczyna się przyjaźń
i przygoda.
            Reżyser Matthew Warchus i scenarzysta Stephen Beresford stworzyli piękną historię, która ukazuje blaski i cienie bycia innym. Strajki górników są tutaj tylko tłem. Tak faktycznie to opowieść
o chęci niesienia pomocy innym, akceptacji, dumie, woli walki, chowaniu uprzedzeń. To również historia
o odwadze. Idealnym przykładem na to jest nie kto inny jak Joe, który akceptuje siebie jako geja i ma odwagę przeciwstawić się rodzicom. To także film o idealistach. Nie kto inny, jak Mark, chce zmieniać świat na lepsze. Gotów jest walczyć w imię sprawiedliwości i stawać w obronie uciśnionych. To jednocześnie film o przyjaźni, takiej prawdziwej. Możemy obserwować narodziny pięknej przyjaźni między młodymi i starymi, między homo- i heteroseksualistami, między zatwardziałymi mężczyznami, którzy taniec uważają za bezsensowne pląsanie a gibkimi gejami, którzy robią furorę na parkiecie wśród walijskich kobiet. To, jak wspominałam na wstępie, historia z nutą goryczy. Film pokazuje, jak społeczność LGBT była napiętnowana nie tylko przez ówczesną panią premier. Każdego dnia geje
i lesbijki musieli stawiać czoła niewybrednym epitetom rzucanym w ich kierunku, ale także agresji fizycznej tak, jak Gethin (Andrew Scott), który został pobity podczas próby zebrania funduszy na górników. Ostatecznie to film o walce o swoje marzenia i lepszy byt pomimo przeciwności losu.
Ale nie byłoby tego filmu gdyby nie wspaniała gra aktorska. Możemy delektować się grą aktorską brytyjskiej śmietanki. Zobaczyć możemy takich aktorów, jak Billy Nighy („to właśnie miłość”, „Piraci
z Karaibów”), Imelda Staunton („Harry Potter”, „Szepty”) czy Dominic West („300”, „Hannibal. Po drugiej stronie maski”).
„Dumni i wściekli” daje chwile radości, jak na dobrą komedię przystało, ale też porusza i skłania do refleksji.
To zdecydowanie pięknie opowiedziana historia, dająca nadzieję na lepsze jutro. Uważam, że to film bardzo potrzebny w dzisiejszych czasach, kiedy na każdym kroku stykamy się z brutalnością, agresją
i niechęcią do bliźnich. W moim mniemaniu jest to pozycja obowiązkowa dla ludzi uprzedzonych, żeby przemyśleli czy odrzucanie kogoś ze względu na orientację seksualną ma sens.

środa, 12 sierpnia 2015

Emma Stone - nowa muza Woodego Allena



Woody Allen, ten 79-letni reżyser, ma na swoim koncie wiele filmów. Rok w rok na ekrany kin wychodzi jego kolejny film. Allen słynie z tego, że co jakiś czas ma swoją nową muzę, która występuje w jego kilku filmach i jest jego natchnieniem.
Wszystko zaczęło się od jego byłej żony – Louise Lasser, która królowała w 5 filmach reżysera. W latach 70 ubiegłego wieku rozpoczęła się era Diane Keaton, którą często uważa się za najwspanialszą muzę Allena. Wystąpiła w ośmiu jego filmach. Pod względem ilości filmów, w jakich wystąpiła kolejna muza, Mia Farrow zdecydowanie przebiła Keaton, osiągając wynik 13 ról. Następnie kolej przyszła na Julie Kavner, Judy Davies, Scarlett Johansson i ostatecznie Emmę Stone.
Dziś skupię się na ostatniej muzie, jako, że na ekrany kin wychodzi film Allena ze Stone w roli głównej Nieracjonalny mężczyzna.
Ta niespełna 27 letnia aktorka pochodząca z Arizony, ma już na swoim koncie całkiem sporo ról. W moim wypadku Stone dała się poznać jako aktorka w Służących. Zawsze zastanawiałam się nad fenomenem młodej Amerykanki, bo nie była nigdy dla mnie wybitną aktorką. Widać jednak, że reżyserzy widzą w niej niezły potencjał i angażują ją do coraz to nowszych filmów. Aktorka niewątpliwie może pochwalić się współpracą z bardzo dobrymi aktorami, jak np. w Papierowym bohaterze, kiedy to wystąpiła u boku Jaffa Danielsa i Ryana Reynoldsa. W Zombieland można ją było zobaczyć razem z Jesse Eisenbergiem i Woodym Harrelsonem, w Magii w blasku księżyca zagrała razem z Colinem Firthem, w Birdmanie z Michaelem Keatonem, Edwardem Nortonem, Zachem Galafianakisem i Nami Watts. Zazdrościło jej pewnie wiele kobiet oglądając Kocha, lubi, szanuje kiedy to zagrała u boku Ryana Goslinga.
W najnowszym dziele Woodego Allena widzowie zobaczą Emmę Stone wraz z Joaquinem Phoenixem. To już będzie druga rola u wielkiego reżysera. Jeden z najlepszych zwrócił uwagę na młodą aktorkę i zobaczył w niej potencjał. Jak się sprawdzi? Czy można wywróżyć jej wielką karierę? Jestem ciekawa, bo w końcu Stone była nominowana do Oscara i dwukrotnie do Złotych Globów. Może jeszcze ja w niej nie widzę ogromnego potencjału i mile mnie zaskoczy. Póki co trzeba zobaczyć nowe dzieło Allena.

niedziela, 26 lipca 2015

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet vs. Dziewczyna z tatuażem






źródło: www.filmweb.pl; www.lubimyczytac.pl
  
Szwedzkie kryminały. Stałam się ich wielką fanką a to wszystko dzięki Camilli Läckberg. Akurat w tym wypadku nie miałam jeszcze okazji zobaczyć ekranizacji jej książek, ale w wypadku Stiega Larssona mam porównanie. Czy zawsze jest tak, że film jest gorszy od książki? Tym razem udało mi się trafić na świetną ekranizację powieści. Choć wiele wątków nie było poruszonych to mimo wszystko mroczny klimat szwedzkiego kryminału był świetnie odtworzony a główne role aktorów były bezbłędne. Pytanie musi jednak paść – Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet czy może jednak Dziewczyna z tatuażem?

Najpierw przeczytałam książkę Stiega Larssona – Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Zachęcona twórczością Camilli Läckberg i zauroczona szwedzką surowością, która idealnie współgra z kryminalnymi zagadkami, sięgnęłam po trylogię Millennium. Książka dość opasła, ale nawet na moment mnie nie znudziła. Od pierwszych stron czytelnik jest wprowadzany w świat tajemniczej rodziny Vangerów. Jest to historia szwedzkiego dziennikarza Mikaela Blomkvista, który został oskarżony o zniesławienie. Otrzymuje on jednak zlecenie od magnata przemysłowego – Henryka Vangera – aby rozwikłać zagadkę zaginięcia przed 40 laty jego siostrzenicy Harriet – wtedy 16 letniej dziewczynki.
I tu, jak najbardziej film jest podobny do książki – historia jest dokładnie taka sama. Natomiast ekranizacja nakręcona przez Davida Fincher’a zaczyna się gubić już na początku, ponieważ wiele wątków, istotnych w tej zagadce, zostaje pominiętych.
Larsson idealnie przedstawił zawiłe drzewo chronologiczne tej dziwnej rodziny. Każdy z członków został zaprezentowany. Ten z członków, który jeszcze żył, miał możliwość poznania dziennikarza Millennium. Na pozór wydaje się to niepotrzebne, ale dzięki tym konwenansom, czytelnik mógł poznać nawet najskrytsze tajemnice rodziny, które z czasem były coraz bardziej mroczne.
Tego niestety zabrakło mi w filmie. Z jednej strony rozumiem, że czas na to by nie pozwolił, z drugiej jednak uważam, że na ekranie dało się zauważyć pewien chaos, który może zniechęcić widza. 
Książkę Larssona mogłabym polecić fanom Grey’a, bo pewnie niektóre sceny zainteresowałyby amatorów BDSM. A i film pewnie nie wypadł w tych scenach najgorzej.
Ale co najważniejsze, główni bohaterowie, czyli dziennikarz Mikael Blomkvist i tajemnicza, dosyć ekstrawagancka dziewczyna – Lisbeth Salander – to postaci bardzo kolorowe i różnorodne a mimo wszystko idealnie ze sobą współgrają.
Larsson podzielił swoją książkę na części. Z jednej strony poznajemy Blomkvista, jego zawiły związek, ale też niebywały talent śledczy, który jest tu najistotniejszy. Z drugiej strony przez książkę przemyka enigmatyczna postać Lisbeth – dziewczyny wykluczonej społecznie, fikuśnej, oszczędnej w słowa, ale też niesamowicie bystrej i inteligentnej.
Według mnie Fincher idealnie dopasował aktorów, osadzając w głównych rolach Daniela Craiga i Rooney Mara. Craig, który jednocześnie świetnie odnajduje się w roli kobieciarza, ale też bardzo szarmanckiego i momentami powściągliwego mężczyzny, spełnił moje oczekiwania co do wizji Mikaela. Nie wyobrażam sobie innego aktora w tej roli. Natomiast co do odtwórczyni roli Lisbeth to spotkałam się z przeróżnymi i dość skrajnymi opiniami. Osobiście uważam, że Mara idealnie odzwierciedliła mroczną duszę Lisbeth, jej skrycie, brak zaufania i dziwaczność.
Powieść oczywiście wprowadza czytelników w mroczny, szwedzki świat, gdzie aż się prosi o ofiary. Film dotrzymywał kroku książce. Dawno nie widziałam tak dobrego kryminału, który trzymał mnie w napięciu, choć znałam finał.

Moja ocena, zarówno dla książki, jak i dla filmu to 9/10

niedziela, 5 lipca 2015

Nie taki diabeł straszny

źródło: www.filmweb.pl


Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach – to takie oczywiste. Gorzej, kiedy nie mieliśmy możliwości poznać najbliższej rodziny. Dziś krótka historia o zaognionych stosunkach międzypokoleniowych na tle pięknych widoków miasteczka południowej Francji.
            Reżyserka Rose Bosch postanowiła zająć się tematem dotyczącym konfliktów w rodzinie. Dość przemaglowany motyw a i sama Bosch nie wniosła nic nowego. Jednak Lato w Prowansji, choć bez fajerwerków, to film dość ciepły i przyjemnie się go oglądało.
Historia opowiada o trójce rodzeństwa zamieszkałej w Paryżu, która musi wyjechać na całe wakacje do małego miasteczka na południu Francji, do swojego nigdy niewidzianego dziadka (Jean Reno). To będzie pierwszy raz, kiedy się spotkają, ponieważ ich matka lata wstecz zerwała kontakt z Paulem (Reno). Dzieci muszą pogodzić się z faktem, że ich rodzice się rozwodzą, dziadek nie należy do najprzyjemniejszych osób a w zapadłej dziurze, w której mają mieszkać, nie ma kina i trudno o zasięg w telefonie. Ot, problemy mieszczańskich nastolatków. Na każdym kroku widzowie są świadkami mniejszych lub większych sprzeczek młodzieży z dziadkiem, który ewidentnie nie potrafi zaakceptować swoich gości. Konflikt zaognia problem alkoholowy Paula i jego brak zrozumienia dla współczesnej młodzieży. Katalizatorem sporów jest babcia (Anna Galiena), która ma stały kontakt z wnukami i rozumie ich potrzeby. Ale, żeby nie było zbyt dramatycznie, historia zmierza w dobrym kierunku. Możemy obserwować, jak nastolatki Léa i Adrien powoli odnajdują się w wiejskim klimacie, zawierają nowe znajomości a ich młodszy brat Théo jest zafascynowany dziadkiem.
Niezaprzeczalnie urocze są tu widoki, pokazanie tamtejszej społeczności, jako bardzo serdecznej, potrafiącej się zabawić i nie wyobrażającej sobie innego życia. Jak na wczasach, obserwujemy ludzi przesiadujących całymi dniami w małych, miejscowych knajpkach, organizujących popołudniowe zawody w bule, bawiących się na tamtejszych festynach, śpiewających lokalne piosenki i cieszących się z powolnie płynącego życia.
Jako, że głównym bohaterem jest tu emerytowany Leon Zawodowiec, nie mogło zabraknąć akcji przedstawionej w dość komicznej scenie.
            Nie, film nie wniósł nic nowego i pod tym kątem można ocenić go marnie. Ale ja mu daję duży plus, bo lubię wakacyjne klimaty w małych miasteczkach. Tęsknię za pięknymi widokami i za serdecznością ludzi, którym przyszło mieszkać na prowincji. Czego nie można zabrać reżyserce – idealnie pokazała mentalność i życie ludzi, którym daleko jest do wielko-mieszczańskiego zgiełku, przepychu i ciągłej gonitwy. Podobał mi się w tym filmie podstarzały Jean Reno, który zaczął odnajdywać się w roli dziadka. Jeśli ktoś chce przyjemnie spędzić popołudnie bez doszukiwania się wielkich, uniwersalnych życiowych prawd, śmiało polecam ten właśnie film.

Moja ocena 7/10

niedziela, 28 czerwca 2015

Minionki atakują




źródło: stopklatka.pl



Nadeszła ta chwila, kiedy to Minionki doczekały się swojej premiery. To nie tylko bajka, to całe wydarzenie popkulturalne i niesamowicie rozdmuchany event. 26 czerwca na ekrany kin wyszła już trzecia część z małymi, żółtymi bohaterami, którzy przez swoje nierozgarnięcie i przeróżne wybryki rozśmieszają widzów tych małych, jak i tych dużych.
Wszystko zaczęło się w piątek, kiedy pod Galerię Katowicką przyjechał minionkowy wóz i żółci bohaterowie witali się z dzieciakami. Dla najmłodszych była to niesamowita frajda, bo mogli dotknąć swoich ulubieńców,  poskakać na żółtych dmuchańcach i poczęstować się przysmakiem minionkowym w postaci banana. Starsi też wydawali się być zadowoleni, jako, że znaleźli się amatorzy małych potworków a dodatkowo mieli serwowany „minionkowy” żółty napój, który okazał się Radlerem cytrynowym. Dodatkowo dostępne były minionkowe gadżety i maskotki, które, o dziwo, nie były aż tak drogie.

Kolejnym punktem tej rozdmuchanej premiery było kino. Co to się działo już przed seansem. Jeśli cola to tylko w kubku z Minionkami, jeśli film to tylko o małych, śmiesznych ludzikach. I tu dochodzimy do samej animacji. Sala była pełna rodziców z dziećmi. Film podobał się młodszym i starszym. Tym pierwszym, bo przecież Minionki są takie niepoważne i śmieszne a tym drugim, bo teksty były dosyć sarkastyczne. Najważniejsza rola została spełniona – dało się zauważyć, że każdy się dobrze bawił.
Ale teraz o samym filmie.  Animacja rozpoczyna się od przedstawienia historii Minionków, które od samego początku swojego istnienia szukały swojego władcy. Otóż mali bohaterowie żyją po to, by komuś służyć. Przewijały się w filmie postacie historyczne i za każdym razem historie były dość groteskowe. Kiedy lektor kończy opowiadanie na XX wieku, na pierwszy plan wysuwają się trzy Minionki – Kelvin, Stuart i Bob, którzy wyruszają w świat w poszukiwaniu swojego „pana”. I tak rozpoczyna się ich historia…
Warto zwrócić uwagę, że podczas przygód żółtych bohaterów usłyszeć można kultowe, świetne kawałki. I tak oto zwróciłam uwagę na takie perełki, jak The Turtles – Happy together, The Who – My Generation, The Doors – Break on through (to the other side) czy Smashing Pumpkins – Cherub Rock. Tych utworów nie mogło zabraknąć, jako, że jeden z bohaterów był amatorem grania na gitarze lub raczej ukulele, jak to zwykły Minionki nazywać.
Choć nie można właściwie kategoryzować produkcji jako bajkę, bo morału w niej nie ma a skupia się jedynie na specyficznym humorze to Minionki są świetną rozrywką dla całej rodziny. Przecież nie trzeba ciągle oglądać pouczających, mądrych filmów a dać się ponieść i rozerwać w rytmach dobrej muzyki. Podobało się całej rodzinie i to jest najważniejsze, bo każdy znalazł coś dla siebie.

Moja ocena: 7/10

Bond save the Queen





 źródło: www.filmweb.pl

Bond. James Bond. Od lat niezmordowanie broni Wielkiej Brytanii przed złoczyńcami. Przystojny, elegancki, zwinny, gadżeciarz, kobieciarz, który niczego się nie boi. Od lat widzowie mogą podziwiać kolejne nowe wcielenia agenta 007. Ilu ich już było? 6 twarzy najpopularniejszego tajnego agenta na świecie – Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton, Pierce Brosnan i ostatecznie Daniel Craig. I na tym historia się nie kończy, bo już usłyszeć można plotki o kolejnym wcieleniu Bonda. Póki co chcę skupić się na tym ostatnim, którego to podziwiać można w hicie Skyfall.
            Przyznaję, raczej bez wstydu, że nie należę do fanek Bonda. Jakoś tak nigdy mnie nie ruszały jego przygody, nie rozumiałam tego wszechobecnego zachwytu nad kolejną częścią.
Za każdym razem, kiedy miała na ekrany kin wyjść następna część, świat szalał, wielkie hity muzyczne były puszczane na okrągło w telewizji i radio. 3 lata temu byliśmy świadkami oczekiwania piosenki tytułowej w wykonaniu Adele a ludzie mniej lub bardziej szaleli, kiedy Daniel Craig pojawił się na wielkim ekranie. Skyfall, bo dziś o tym będzie post, niewątpliwie mnie zaintrygował. Nie mogłam się doprosić męża, żebyśmy razem zobaczyli film
i ostatecznie sama postanowiłam obejrzeć przygody ulubieńca publiczności. Moje zainteresowanie wynikało raczej z sympatii do odtwórcy głównej roli, więc nie pozostało mi nic innego, jak zasiąść wygodnie i obejrzeć poczynania agenta 007.
            Tym razem lojalność agenta 007 wobec M została wystawiona na próbę, kiedy
z siedziby MI6 został wykradziony dysk z danymi. Bond będzie musiał wytropić i załapać tajemniczego przestępcę.
Reżyser Sam Mendes pierwszy raz miał okazję nakręcić film akcji i pokazać światu swoją wizję. Do tej pory nienaganny agent, wielbiony przez tłumy kobiet, upada. Od początku filmu widzowie nie mają możliwości odpocząć – widowiskowe pościgi, strzelaniny, niepewność co do właściwego wyboru uderzają od pierwszych minut filmu. I nagle widzowie widzą upadek głównego bohatera – fizyczny i psychiczny. Wszak Bond nie jest maszyną i nawet on może mieć gorszą kondycję. Jest bardziej ludzki? Wizja działań bohatera jest bardziej realna? O ile w ogóle sceny z filmu mogą być realne, o tyle tym razem faktycznie zauważyć można pierwiastek naturalności, pokazania ułomności człowieka i jego słabości. Ale kimże byłby Bond, gdyby nie sprostał tym wszystkim przeciwnościom losu? Oczywiste jest, że musiał wziąć się w garść i pomóc swojej ojczyźnie obronić się przed złoczyńcą.
Nie mam możliwości porównania sylwetki samego agenta do jego poprzedników. Mnie Craig urzekł swoim wdziękiem. Przecież go ma całkiem sporo, prawda? Umięśniony, wysportowany, elegancki, męski, przystojny, inteligentny. Nie jest twardzielem, no, może nie do końca. Według mnie pasuje idealnie do tej roli. Jest świetnie wpasowany do dzisiejszych czasów, do obrazu współczesnego super bohatera.
Jednak Skyfall to nie tylko Bond, rzecz jasna. Przecież chodzi tu o złapanie złoczyńcy. W rolę czarnego charakteru – Raoula Silvę – wcielił się genialny Javier Bardem. Wlał kroplę elegancji i szaleństwa w swojego bohatera, co dało znakomite połączenie.
I ostatecznie czymże byłaby seria o Bondzie bez jego świty? W roli M widzimy Judi Dench. Jako Q – gadżeciarza – mamy możliwość oglądać Bena Whishawa i wisienka na torcie, jak dla mnie. W Skyfall pojawił się genialny Ralph Fiennes, który na pewno gościć będzie
w kolejnej części.
Obsada więc całkiem, całkiem, widowiskowo też niczego sobie. Przyznam szczerze – dawno nie miałam takiej rozrywki podczas filmu. Jestem zadowolona, zobaczę poprzednie części bez wątpienia a i na kolejną chciałabym się wybrać do kina. Tylko czy mąż równie chętnie będzie mi towarzyszyć?

Moja ocena: 7/10

niedziela, 21 czerwca 2015

Szpiegowska intryga





 źródło: www.filmweb.pl


Po wydarzeniach z 11 września 2001 roku, zaczęto większą uwagę przykładać do emigrantów, zwłaszcza z krajów muzułmańskich. Cel jest jasny – ma być bezpiecznie w tym chorym świecie. Jak radzą sobie z wyłapywaniem niebezpiecznych jednostek służby specjalne? Jak wygląda ich praca na co dzień i na czym powinni się skupiać? O tym opowiada film Bardzo poszukiwany człowiek.
            Anton Corbijn opowiedział historię bez przesadnych akcji, pościgów, strzelanin – bez tego, co charakteryzuje kino akcji. Bardzo poszukiwany człowiek to film szpiegowski, który skupia się na jednostce. Lustruje poczynania służb specjalnych w Niemczech, na czele których staje Günther Bachmann (Philip Seymour Hoffman) i uchodźcy Issy Karpova (Grigorij Dobrygin). Jest to opowieść tajemniczego czeczeńskiego uchodźcy, który przyjeżdża do Hamburga, żeby odebrać spadek po swoim ojcu – zmarłym rosyjskim żołnierzu. Jako, że nie jest wiadome, na jaki cel potrzebuje dużą ilość pieniędzy, które chce pobrać z banku, Bachmann wraz ze swoją świtą muszą przyjrzeć się młodemu muzułmaninowi. Początkowo na ich drodze staje młoda pani prawnik – Annabel Richter (Rachel McAdams), która próbuje pomóc młodemu, skrytemu obcokrajowcowi. Zauważając, że interesują się nim służby specjalne, chce dać mu schronienie. Solidne argumenty pozwalają jednak Bachmannowi i jego ludziom przekonać pannę Richter, żeby pomogła dotrzeć im do niebezpiecznych ludzi przez Karpova. Pomocny ma się tu również okazać dyrektor banku, w którym przechowywane są pieniądze przeznaczone dla Czeczena – Tommy Brue (Willem Dafoe).
Akcja to słowo, które nie pasuje idealnie do filmu. Widzowie zauważają tu uknuty spisek, intrygę i żmudną pracę, polegającą na śledzeniu akt i podsłuchiwaniu wielu rozmów. Historia opowiadana jest powoli, z naciskiem na wiele szczegółów. Reżyser pokazuje krok po kroku, jak śledzić podejrzanych i jako dochodzić do celu. Jeśli ktoś chciałby rozerwać się, oglądając film akcji, ten zdecydowanie takim filmem nie jest. Widzowie są świadkami wielu rozmów w ciasnych, dusznych pomieszczeniach, mają możliwość skupienia się na genialnej grze aktorskiej Hoffmana, która często polega na niezwykłej mimice. Spokój i opanowanie głównego bohatera nie nużą lecz wciągają w świat gierek i manipulacji.
Jest to niestety ostatnia rola zmarłego aktora. Po raz ostatni mogłam być świadkiem jego wielkości, jako artysty. Wielka szkoda, że już nie będzie nam dane zobaczyć go w takich rolach, jak ta.

Moja ocena: 8/10

Nie taki znowu futurystyczny romans

źródło: www.filmweb.pl



Nadeszły czasy, kiedy trudność sprawia zwykła rozmowa z człowiekiem. Kiedy wolimy milczeć niż powiedzieć coś sensownego, kiedy każda najmniejsza sprzeczka w związku powoduje w nas poczucie beznadziei i prowadzi do rozpadu. Ostatecznie lepiej odnajdujemy się w świecie wirtualnym, kiedy to niejednokrotnie jesteśmy anonimowi i łatwiej jest nam wyrazić siebie a rozmowa z drugą osobą sprowadza się do pisania. Relacje międzyludzkie umierają i wydaje się, że jest to nieuniknione.
            Spike Jonze postanowił przyjrzeć się bliżej temu problemowi i poszedł nawet dalej, serwując widzom wizję, która może być bardzo realna.
Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) zarabia na życie pisząc listy dla innych ludzi. Wymyśla piękne opisy i wyznaje miłość na zlecenie – dla babć, mam, dla drugich połówek. W tym wszystkim jest bardzo samotny i cierpi przez utratę żony. Świat wysoko rozwiniętych technologii, w którym przyszło mu żyć, oferuje nowy system operacyjny, który jest tworzony na życzenie klienta – można wymyślić charakter, głos, płeć.  Główny bohater zaintrygowany nowinką techniczną, postanawia zakupić owo oprogramowanie, które miałoby mu towarzyszyć każdego dnia. Kiedy Theodore uruchamia program, uderza w niego subtelny, miły głos Samanthy (Scarlett Johansson), która w mig zachwyca swojego nowego właściciela. Swoją nieopisaną inteligencją, błyskotliwym humorem i czułością wzbudza w Theodorze zaufanie i rodzi się między nim coś na wzór przyjaźni.
Nieszczęście Twombly’a nie jest obce również jego przyjaciółce Amy (Amy Adams), której życie również nie oszczędziło i znajduje pocieszenie w mackach innego systemu operacyjnego.
            Phoenix i Johansson grają postacie pierwszoplanowe. Choć Johansson gra tu tylko głosem to nie odstaje nawet od krok od genialnego Phoenix’a. Ich subtelna gra słowami, głosami, sprawia, że widzowie rozumieją, w jakim punkcie życia znajduje się bohater, jak bardzo męcząca i uciążliwa była do tej pory jego samotność. Kroku dotrzymuje im również Amy Adams, która idealnie wpasowała się w rolę niezrozumianej, zagubionej artystki. Reżyser nie serwuje przesadnego melodramatyzmu tylko pokazuje, jak czasy komputerów, systemów operacyjnych i innych wspaniałości technicznych niszczą to, co najważniejsze – relacje międzyludzkie. Obraz każe widzowi zatrzymać się na chwilę i skłania do refleksji – czy nie zagalopowaliśmy się przypadkiem za daleko i czy potrafimy jeszcze skupić się na drugiej osobie, nie tylko na samym sobie.
            Czasy zapewne nie sprzyjają zacieśnianiu kontaktów między ludźmi. Najbardziej można to zauważyć wśród jednostek, które nie dają się wciągnąć w popkulturę i nie gonią za masowymi trendami. Zostają wykluczone ze społeczeństwa i traktowane, jak dziwadła. Może więc warto zatrzymać się na chwilę i pielęgnować coś tak wspaniałego, jak przyjaźń, miłość. Znaleźć czas dla drugiej osoby nie tylko na portalu społecznościowym czy na czacie. Po prostu fizycznie być, przytulić, dotknąć, rozmawiać.

Moja ocena: 9/10

czwartek, 4 czerwca 2015

Nigdy nie wierz choremu psychicznie





źródło: www.filmweb.pl

Choroby psychiczne to bardzo wdzięczny temat na nakręcenie filmu. Jeśli dodatkowo są to ekranizacje powieści lub opowiadań to tym bardziej jest to kuszące dla widzów. Przez lata stworzono wiele dzieł obrazujących brak kontroli nad ludzkim umysłem, zmagania się chorych w ich szczelnie zamkniętym świecie. Arcydziełem w tym temacie niewątpliwie jest Lot nad kukułczym gniazdem, ale całkiem dobre obrazy to Wyspa tajemnic czy choćby Piękny umysł.
            Brad Anderson postanowił nakręcić ekranizację opowiadania Edgara Alana Poe „System doktora Smoły i profesora Pierza”.  Obłąkani. Eliza Grave, bo o tym mowa to film, który naprawdę ma świetny scenariusz i opis brzmi całkiem zachęcająco.
Anglia, schyłek XIX wieku. Do zakładu dla obłąkanych Stonehearst Asylum przyjeżdża na staż młody lekarz z Oxfordu Edward Newgate (Jim Sturgess). Jego mentorem w tymże zakładzie będzie doktor Silas Lamb (Ben Kingsley), który niewątpliwie stosuje nowatorskie metody wśród chorych. W przeciwieństwie do swojego poprzednika – doktora Salta – dyrektor placówki postanawia nie faszerować chorych lekami i nie poddawać ich torturom a daje im swobodę i możliwość bezstresowego tkwienia w ich własnym świecie.  Wśród pacjentów zakładu znajduje się Eliza Graves (Kate Beckinsale), która zawraca w głowie młodemu lekarzowi Edwardowi. Niecodzienne metody stosowane przez dyrektora placówki prowadzą stażystę w najciemniejsze zakamarki zakładu i odkrywa skrzętnie skrywaną dotąd tajemnicę doktora.
Niezaprzeczalną gwiazdą tegoż filmu jest Ben Kingsley, któremu wtóruje David Thewlis grający pomocnika doktora Lamba Micka Finna. To on właśnie jest najczarniejszym z czarnych charakterów. Niestety to tyle, jeśli chodzi o dobrą grę aktorską. Jim Sturgess i Kate Beckinsale nie potrafią być przekonywujący a ich postacie są miałkie. Tytułowa Eliza nie przekonuje mnie ani trochę a jej histeria jest histerią tylko z nazwy. Niestety to bardzo psuje odbiór filmu.
Zabrakło mi również klimatu, dreszczyku emocji, mroku, który wiązałby się z zakładem dla psychicznie chorych. Wyobrażałam sobie film, który bezapelacyjnie mnie wciągnie, ale niestety pomyliłam się. Choć wierzę, że opowiadanie Edgara Alana Poe musi być świetne, tak reżyserowi, pomimo dobrego scenariusza, nie udało się odpowiednio mrocznie przedstawić zakładu i obłąkania pacjentów. Zawiodłam się, bo liczyłam na naprawdę niezły thriller a tymczasem napotkałam na historyjkę momentami ckliwą. Byłabym jednak bardzo niesprawiedliwa, gdybym napisała, że cały film jest porażką. Zdarzały się bardzo dobre momenty a cały film i jego ocenę uratowało zakończenie.

Moja ocena: 5/10

niedziela, 24 maja 2015

Tracąc swoją tożsamość





źródło: www.filmweb.pl

Człowiek od maleńkości uczy się świata. Poznaje kolory, nazwy, zachowania, nabiera nowych umiejętności – posługiwanie się nożem i widelcem, wiązanie butów. Czynności dla dorosłego proste, ale wymagające wiele treningu i zmuszające do ciągłego uczenia się. Wiele lat potrzeba, aby człowiek nauczył się znaczenia wyrazów i umiejętnie się nim posługiwał a i tak, wiele osób nie zna wszystkich słów. Przez całe życie rozwijamy się i zdobywamy nową wiedzę. Co w momencie, kiedy w dorosłym życiu zaczniemy zatracać swoją tożsamość, wspomnienia, zdobytą wiedzę i nasz umysł zacznie się cofać w rozwoju?
            O tym traktuje film duetu Richarda Glazera i Washa Westomeralnda Still Alice. Alice Howland (Julianne Moore) to 50-letnia pani profesor, której życie jest poukładane i szczęśliwe. Wykłada lingwistykę na Uniwersytecie Columbia, ma kochającego męża Johna (Alec Baldwin) i trójkę ambitnych dzieci. Kobieta zdaje sobie sprawę ze swojej inteligencji i wiedzy. Obnosi się z tym i jest dumna z tego, co w życiu osiągnęła. Tę sielankę zaczynają zakłócać pewne incydenty, które coraz bardziej niepokoją bohaterkę. Alice zaczyna zapominać imion, niektórych wyrazów, gubi się w campusie podczas codziennego joggingu. Widz zaczyna obserwować narastający niepokój bohaterki i zagubienie z tym związane.
Pani profesor próbuje dowiedzieć się, co jest powodem jej gorszego samopoczucia i źródłem lęku i wybiera się do neurologa. Serie badań i diagnoza wskazują na jedno – wczesne stadium Alzheimera. Świadomość powagi choroby wprawia bohaterkę w rozpacz, ponieważ zdaje sobie sprawę z utraty tożsamości, odarcia ze wspomnień i brakiem uchronienia się przed wyniszczeniem umysłu.
Autorzy filmu postanowili nie skupiać się na ckliwej historii, wyciskającej łzy z oczu, jednocześnie nie pokazali chłodno obrazu demencji, jak to zrobił Michael Haneke w swoim dziele Miłość. Widzowie obserwują krok po kroku, jak wykształcona, silna kobieta, błyszcząca intelektem i elokwencją oswaja się ze swoją chorobą, coraz śmielej się do niej przyznaje i z godnością przyjmuje wszelkie symptomy choroby. Uczy się żyć w świecie, gdzie zapomina znaczenia wyrazów, nie potrafi nazwać domowych przedmiotów, jak np. lampa, jak gubi się we własnym domu, co powoduje w niej paniczny strach. Jednocześnie ma możliwość oswajania się z postępującą chorobą dzięki wsparciu najbliższych. Jednak rodzina spychana jest na drugi plan a film skupia się na Alice, na jej osobistym dramacie i przyjmowaniu tego nieszczęścia z godnością. Widzimy obraz osoby, dla której tożsamość jest bardzo istotna, wspomnienia zbudowały jej osobowość a wizja utraty ich wprawia ją w czarną rozpacz. Ironią jest, że to profesor lingwistyki z ogromnym zasobem słów, nie potrafi wyrazić swoich myśli i emocji, bo nie pamięta wyrazów, umykają jej raz po raz.
Brakowało zdecydowanie odbioru tego dramatu ze strony najbliższych, męża, który zdawał się mimo paniki dzielnie znosić utratę żony. Alzheimer to przecież nie tylko dramat chorego. To również nieszczęście dla bliskich, którzy uczestniczą w tym umysłowym zacofaniu, muszą wykazać się niesłychaną cierpliwością i siłą, żeby wspierać chorego i radzić sobie z jego utratą, utratą nie fizyczną a psychiczną.
Wierzę, że Alec Baldwin mógłby lepiej wykazać się w roli wspierającego, przerażonego męża, jednak nie miał możliwości. Niezaprzeczalną gwiazdą była jednak Julianne Moore, która rewelacyjnie odegrała swoją rolę. Stworzyła opanowaną Alice, która momentami przerażona swoim stanem, potrafiła trzeźwym okiem podejść do swojej sytuacji. U jej boku dzielnie kroczyła Kristen Stewart w roli najmłodszej, niepokornej córki. Choć Stewart zebrała wiele niepochlebnych opinii po sadze Zmierzch, tu sprostała zadaniu i stworzyła świetny duet z tegoroczną zdobywczynią Oscara.
            Film spełnił swoją rolę, ukazując tragedię, jaką jest Alzheimer, jednocześnie oddalając się od przesadnego wyciskacza łez, który ma na celu tylko wzruszyć widzów i wzbudzić w nich współczucie. Społeczeństwo nie zdaje sobie sprawy, jaka to jest choroba. Bohaterka nie bez przypadku wspomina, że dla chorych na raka nosi się różowe wstążki, organizuje maratony, akcje społeczne a chorzy na Alzheimera są niezauważalni.
Zdecydowanie brakuje takich obrazów a kiedy się już pojawiają to możemy je spotkać tylko w kinach studyjnych. I to jest najsmutniejsze w tego typu filmach.

Moja ocena 8/10

sobota, 16 maja 2015

Dziennik Panny Służącej w ramach Przeglądu Nowego Kina Francuskiego

źródło: stopklatka.pl


Benoît Jacquot to 68 letni francuski reżyser, który ma na swoim koncie całkiem spory dorobek, jednak nigdy nie doczekał się żadnej nagrody. Do tej pory miałam okazję zobaczyć tylko jeden film reżysera i jeśli reszta filmów jest na podobnym poziomie to nie dziwi mnie fakt, że jego twórczość nie została nagrodzona. Na ekrany kin właśnie wyszła ekranizacja książki Octave Mirbeau Dziennik Panny Służącej. O ile książka ma całkiem dobre oceny o tyle film już niekoniecznie. Nie zniechęcam się w takich wypadkach i studiując wszelkie opisy filmów, staram się kierować intuicją, która tym razem mnie zawiodła.
                Francuz miał nie lada orzech do zgryzienia, gdyż przed nim znaleźli się inni ochotnicy na ekranizację powieści. Na jakiż to pomysł wpadł reżyser? Postanowił w nowatorski sposób przedstawić losy młodej służącej Célestine. Początek XX wieku, młoda dziewczyna dostaje pracę na prowincji jako służąca w posiadłości państwa Lanlaire. Jej pracodawczyni to wybitnie złośliwa, wymagająca i rozkapryszona kobieta, która na każdym kroku chce sprawdzić dziewczynę i pilnuje jej poczynań, jednocześnie karząc za samowolkę, którą to Célestine próbuje wprowadzić. Pan Lanlaire jawi się jako wesołek, który po dziurki w nosie ma swojej żony i na każdym kroku szuka okazji, żeby poderwać kolejną służącą.  Poznajemy gburowatego służącego Josepha, który wzbudza w młodej pannie strach jednocześnie intrygując. Film pokazuje historie służącej, które przeplatają się z rzeczywistością i bez narracji głównej bohaterki widzowie mogą pogubić się co dzieje się w czasie teraźniejszym a co było przeszłością. Mamy okazję poznać niepokorną młodą kobietę, która nie boi się okazać swojego niezadowolenia i zdając sobie sprawę ze swoich wdzięków, chętnie to wykorzystuje w wygodnych dla niej sytuacjach. Ale tak naprawdę nie wiemy o głównej bohaterce nic więcej. Choć to film o niej a właściwie jej dziennik to odniosłam wrażenie, że reżyser chyba zapomniał o narracji, która byłaby tu bardzo wskazana. Nie wiemy, co Célestine czuje, co nią kieruje, dlaczego dokonuje takich a nie innych wyborów ostatecznie nie opowiada swoich historii i momentalnie widz znajduje się w jakimś punkcie opowieści, nie wiedząc skąd, jak i dlaczego. Początkowo widzę w głównej bohaterce naprawdę dobry potencjał na silną, charakterystyczną jednostkę, jednak z czasem rozmywa się gdzieś i postać grana przez Léa Seydoux staje się zagubiona, miałka.
Film był dla mnie chaotyczny, nudny, męczący. Momentami zdarzało się, że zaśmiałam się z powodu przedstawianych absurdów ówczesnych mieszkańców prowincji. Wydaje mi się jednak, że chodziło o to, żeby zaszokować widza, przedstawić perwersje, jakim z chęcią oddawała się służąca opisana w książce. Zdaje się, że miała to być historia dosyć pikantna, obnażająca psychikę głównej bohaterki, pokazująca do czego człowiek jest zdolny, jak potrafi przystosować się do początkowo niekomfortowej sytuacji i następnie czerpać z niej niebywałą radość. Taka jest ponoć książka, takie tez opisy filmu czytałam. Niestety reżyser nakręcił nieudany film, który zanudził widzów siedzących ze mną w kinie (nie dało się nie zauważyć, jak przysypiają i kompletnie nie są zainteresowani historią).
Film miałam okazję zobaczyć w ramach Przeglądu Nowego Kina Francuskiego w katowickim kinie Światowid. Żałuję jednak, że nie wybrałam się na najnowsze dzieło François Ozon pt. Nowa dziewczyna, bo podejrzewam, że byłby to lepszy wybór.

Moja ocena: 3/10